3 czerwca 2017

"Noc Kupały" - Katarzyna Berenika Miszczuk

Dla osób, które chcą uniknąć spojlerów - recenzja I tomu

Niedawno temu miała miejsce premiera „Żercy”. Niedługo będę się zabierać za czytanie trzeciej części i uświadomiłam sobie, że mam jeszcze zaległą recenzję do napisania. Także dzisiaj zapraszam do przeczytania kilku słów na temat „Nocy kupały”.


Po przeżyciu wydarzeń z pierwszej części, Gosi przybywa coraz więcej zmartwień. Zbliża się tytułowa Noc Kupały, podczas której młoda szeptucha ma znaleźć legendarny kwiat paproci. I zdecydować komu go odda. Niestety, ta decyzja nie należy do najłatwiejszych. O kwiat konkurują ze sobą Mieszko i słowiańscy bogowie. Gosia jest w dość trudnej sytuacji. Nie ważne komu odda kwiat, i tak może zginąć z ręki pozostałych.

Z bohaterami już zdążyłam się oswoić i przywiązać do nich. Największą sympatią darzę szeptuchę. Została w mojej ocenie najlepiej wykreowana. Gosia natomiast prawie w ogóle mnie nie irytowała, co wcześniej czasami się zdarzało. Z kolei Mieszko, to niestety bohater, do którego nie żywię zbytnio pozytywnych uczuć. Ale o tym za chwilę. Po za tym mam wrażenie, że w tym tomie autorka poświęciła więcej uwagi bóstwom i wprowadziła kilka nowych boskich postaci. Bardzo się cieszę z tego powodu i śmiało mogę powiedzieć, że podobał mi się sposób, w jaki bogowie zostali wykreowani. Aż ciśnie mi się na usta ten Riordan, którego tak uwielbiam. Myślę, że to coś w jego stylu.

Jak dla mnie wątek miłosny nie stanowi najmocniejszej strony tej książki. Może to przez Mieszka. Właściwie nie wiadomo, o co mu chodzi. Niby kocha Gosię, ale ma pełno tajemnic i chce umrzeć. Na sam koniec też zachował się dziwnie… Po za tym w tym tomie poznajemy dawną ukochaną Mieszka. Fakt, że Ote żyje był dla wszystkich ogromnym zaskoczeniem. W dodatku jest ona bardzo zazdrosna o Gosię. Niebezpieczeństwo ze strony Ote również stanowi ciekawy motyw, ponieważ koloryzuje trochę mniej interesujący wątek miłosny i dostarcza akcji.

Jeżeli chodzi o akcję, to mam wrażenie, że w tym tomie o wiele więcej się dzieje. Gosia zna już prawdę o swoim przeznaczeniu i czyha na nią coraz więcej niebezpieczeństw. Punkt kulminacyjny stanowi Noc Kupały. Akcja na końcu pędzi, a wydarzenia są obietnicą ciekawej lektury na przyszłość. 


Jak widać, jestem zadowolona, że dałam szansę polskiej autorce. Mam nadzieję, że kolejny tom będzie trzymał wysoki poziom. Uwielbiam klimat i słowiańskość tych książek. Już nie mogę się doczekać lektury. Jeżeli miałabym wystawić ocenę, byłoby to 8,5/10.
Share:
Continue Reading →

31 maja 2017

Podsumowanie maja 2017

Hej! Dzisiaj (a właściwie już od kilku dni) miała być recenzja kolejnej książki. Niestety, właśnie od tych kilku dni od rana do wieczora siedzę nad edytowaniem pracy magisterskiej. Szczerze mówiąc, nie mam już za bardzo ochoty na pisanie ;D Dlatego przychodzę dzisiaj z podsumowaniem miesiąca.

Jak na te wszystkie obowiązki maj wypadł bardzo zadowalająco i obiecująco na przyszłość. Udało mi się przeczytać 10 książek. Już od dawna nie osiągnęłam takiego wyniku. Mogę winić za to właściwie względy osobiste, o których nie będę się już tutaj rozpisywać. W każdym razie mam nadzieję, że przyszły miesiąc nie wypadnie dużo gorzej ;)


Przejdźmy zatem do listy przeczytanych książek:

Najdłuższa noc - Marek Bukowski, Maciej Dancewicz. Książka powstała na motywach serialu Belle epoque. Mam w planach napisanie recenzji, zarówno książki, jak i serialu, więc w tym momencie wstrzymam się od oceny.

Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine - Alexandra Bracken. RECENZJA

Tatuaż z lilią - Ewa Seno. Książkę wypożyczyłam, ponieważ obiecałam sobie, że zacznę czytać więcej polskich autorów. Muszę przyznać, że książka nie wypadła tak tragicznie, pomimo kilku mankamentów. Recenzja pewnie też się pojawi.

Odmieniec i Krucjata - Philippa Gregory. Twórczość tej autorki od dawna chciałam poznać. Wybrałam tę serię, ponieważ podoba mi się tematyka inkwizycji, którą przerabiałam też przy okazji procesu karnego. I w dodatku uwielbiam powieści historyczne. Obie książki mnie nie porwały, ale czytało się przyjemnie. Kilka słów pojawi się na blogu.

Odblask czerwieni - Jeri Smith-Ready. RECENZJA

Misery - Stephen King. Po prostu MISTRZOSTWO ŚWIATA! Takiego Kinga właśnie ubóstwiam. Żałuję, że wcześniej nie zdecydowałam się na lekturę tej książki. Szczególnie, że ostatnia czytana przeze mnie książka Kinga trochę mnie zawiodła. Z przyjemnością napiszę recenzję ;)

Beta. Nowe pokolenie - Rachel Cohn. Po tę książkę sięgnęłam trochę z obowiązku. Pierwsza część mi się nawet podobała, ale przeczuwałam, że ta nie będzie taka dobra. I tak się właśnie stało. Zawiodłam się.

Książę mgły - Carlos Ruiz Zafón. Kolejny autor, którego planowałam poznać. Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie to książka dla młodszych czytelników, ale o dziwo spodobał mi się jej klimat. Bardzo przyjemnie mi się ją czytało.

Czerwona królowa - Victoria Aveyard. Z wielką ulgą mogę stwierdzić, że mi się podobało. Zniechęciłam się do sięgnięcia po tę książkę z powodu negatywnych opinii. Ale z okazji premiery trzeciej części musiałam w końcu zapoznać się z tą historią. Recenzja ukaże się wkrótce.

Najlepsza książka miesiąca - Misery
Najgorsza książka miesiąca - Beta. Nowe pokolenie


Jak zwykle nie mam po co przedstawiać statystyk, bo niewiele się tu dzieje :D Myślę, że teraz już będę miała trochę więcej czasu i od jutra zacznę odwiedzać systematycznie Wasze blogi :)
Share:
Continue Reading →

25 maja 2017

Wariacje na temat tulipanów


Hej! Nie było mnie dłużej, niż planowałam. Wszystko za sprawą magisterki. Otóż nie lubimy się, niestety. Ona wysysa ze mnie wszystkie siły i magicznie zabiera czas. Czarodziejka normalnie... Ale myślę, że mogę powiedzieć, że to już definitywny koniec. Niektóre kosmetyczne poprawki zostały dokonane, ale pewnie promotorka i tak zdecyduje, że trzeba coś jeszcze zmodyfikować. Ale w najbliższym czasie mam wolne! <3
Jeśli tylko zdałam ostatni egzamin w mojej karierze studentki, a to był kosmos...
O zdjęciach nie ma co za bardzo opowiadać. Wszystko jak w tytule. I tak fotografia to tylko moje hobby, więc nie oczekuję nie wiadomo jakich rezultatów ;)













Share:
Continue Reading →

21 maja 2017

"Dziewczyna, która igrała z ogniem" i "Zamek z piasku, który runął" - Stieg Larsson

Dla osób chcących uniknąć spojlerów - RECENZJA I TOMU

Niestety, dzisiaj nie mam jak się zbytnio rozpisywać, ale chciałabym zaprosić Was na recenzję jednej z najlepszych serii kryminalnych, jakie do tej pory czytałam. Autorem tych książek jest Stieg Larsson, moim zdaniem pisarz genialny. Wielka szkoda, że nie zdążył napisać więcej, ale trzeba się cieszyć z tego, co jest.



Bardzo dobrze się złożyło, że piszę recenzję tych dwóch części za jednym zamachem. O ile pierwszy tom dotyczył jednej sprawy, te dwie książki są ze sobą ściśle związane. Opowiadają historię kolejnego morderstwa i nie tylko.

Mikael Blomkvist staje przed nowym wyzwaniem. W jego ręce trafia kolejny gorący temat. Dziennikarz postanawia zająć się sprawą przemytników, którzy szmuglują z Europy Wschodniej do Szwecji kobiety i wykorzystują je seksualnie. Przy śledztwie w tej sprawie pomagają mu kolega po fachu, Dag, od którego pochodzi informacja o tym procederze, oraz jego dziewczyna, Mia. Niedługo po rozpoczęciu ich prywatnego śledztwa zostaje popełniona krwawa zbrodnia, która potwierdza, że sprawa jest poważna. Temat zostaje rozdmuchany przez media i robi się z tego ogólnokrajowa sensacja. W dodatku osoby zajmujące się tą sprawą znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie, ponieważ we wszystko zamieszani są wysoko postawieni i wpływowi ludzie.

Stieg Larsson ma talent do kreowania bohaterów. Większość została nakreślona bardzo wyraziście. Jednak moją faworytką jest niezmiennie Lisbeth Salander. Dziewczyna ma dość specyficzny i ciężki charakter. Wydaje się wycofana i aspołeczna. Nie stroni od sarkazmu. A z drugiej strony jest niezwykle inteligentna. Podczas lektury lubiłam się z nią utożsamiać, ale to już z moich osobistych powodów. 

Lisbeth jest kluczową postacią w obu książkach. Na skutek pewnych wydarzeń zostaje związana z popełnioną zbrodnią i stanowi klucz do jej rozwiązania. Niestety autor utrudnił nam zadanie, spychając ją w cień. Przez większość czasu jej nie ma, a wydarzenia poznajemy z perspektywy Mikaela i śledczych. Potęguje to ciekawość, ponieważ żaden z bohaterów nie zna przebiegu wydarzeń i musimy rozwiązywać tajemnicę razem z nimi. Ponadto, oprócz wyjaśnienia kwestii morderstwa, zagłębiamy się także w mroczną przeszłość Lisbeth. 

Jedyne, co mogłabym zarzucić autorowi, to tendencja do zbyt rozwlekłego pisania. Czasami pojawiały się informacje zbędne z mojego punktu widzenia. Przykładem mogą być życiorysy postaci pobocznych. Składa się to na objętość tych książek. Ale nie ma co narzekać. Właściwie szkoda mi trochę, że to już koniec.


Nie mogę zrobić nic innego, jak tylko polecić twórczość Stiega Larssona. Autor potrafi świetnie budować napięcie i tworzyć nieprzewidywalne wątki. Według mnie najlepsza okazała się druga część. Wprost nie mogłam się oderwać od lektury.

Moja ocena:
Dziewczyna, która igrała z ogniem 10/10
Zamek z piasku, który runął 8/10
Share:
Continue Reading →

18 maja 2017

Live to Ride, Ride to Live

Hej! Dawno nie pisałam nic związanego z moimi innymi zainteresowaniami oprócz tych, które można podziwiać (lub nie) na blogu. Pomysł na ten post powstał przy okazji wpisu Zdjęcia motocyklowe. Jako pierwsze właśnie musiały się znaleźć tutaj ujęcia motocykli. Zajmują one szczególne miejsce w moim sercu :)


Może przede wszystkim powinnam opowiedzieć jak to się wszystko zaczęło i dlaczego w kręgu moich zainteresowań znalazły się motocykle. Otóż pierwszy motocykl, jaki w życiu widziałam z bliska należał do mojego dziadka. On sam już nie mógł jeździć, więc maszyna stała w garażu i się kurzyła. Pamiętam, że ledwo sięgałam wtedy do baku, ale za każdym razem, kiedy byłam u dziadka, szłam do garażu i patrzyłam na to cudo. Bo z niewyjaśnionych dotąd przyczyn ten stary motocykl budził we mnie fascynację. Można byłoby się spodziewać, że po przekroczeniu odpowiedniej granicy wieku, dostałam ten motocykl. Ale ta historyjka nie kończy się happy endem. Tę MZ-tkę 150 odziedziczyli moi kuzyni, którzy mieszkali z dziadkiem. 


Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, od zawsze pociągała mnie motoryzacja. Kiedy byłam dzieckiem, dużo podróżowaliśmy (o tym może też zrobię osobny wpis?). Mój tato jest zawodowym kierowcą i za młodu też jeździł motocyklem. Właściwie kiedy miałam 8-9 lat nauczyłam się zmieniać biegi i prowadzić kosiarkę-traktorek. To był mój pierwszy pojazd :D Jednak wtedy przez myśl mi nie przeszło, że będę jeździć jednośladem.

Pierwszy skuter dostałam w wieku 12 lat. W ogóle nie spodziewałam się, że otrzymam taki prezent. Moją niespodzianką okazał się czerwony Peugeot SV 50 w kształcie bardzo retro, jak dla takiego małolata ;) Ale cieszyłam się ogromnie. W tamtych czasach skutery i motocykle nie były jeszcze takie modne. Natomiast z uśmiechem wspominam, jak uczyłam się jeździć. Z początku nie mogłam wyczuć gazu i zryłam nogami całe podwórko, zanim powoli opanowałam manetkę :D Kiedy wszystko było już w porządku, z niecierpliwością czekałam na wyrobienie karty motorowerowej. Po jej uzyskaniu zaczęła się jazda ulicą i inne przygody. Na czerwonym miałam dwa poważne wypadki i to oba na polnej drodze. Raz poleciał na bok i przygniótł mi kolano, a za drugim razem zrobiłam całkiem niezłe salto w przód. Szkoda, że nie było wtedy smartfonów, bo ta cała sytuacja pewnie zostałaby uwieczniona. W każdym razie do tej pory mam lekko skrzywioną miednicę i parę blizn na nogach, ale w żadnym wypadku nie mogłabym przez to porzucić swojej pasji.


Prawdziwa obsesja na punkcie motocykli zaczęła się w gimnazjum. W tym czasie zmieniłam starą SV-kę na Peugeota Speedfighta II, który wyglądał super jak na tamte czasy. W dodatku wraz z fascynacją muzyką rockową przyszła kolej na choppera. Od tamtej pory choppery to miłość mojego życia. Nigdy nie miałam motocykla innego typu. W każdym razie dostałam Hondę Rebel 125 i niedługo później, w wielu 16 lat, zrobiłam prawo jazdy kategorii A1. To było już coś. Ale jednak jazda „poważniejszym” motocyklem nadal była moim największym marzeniem. A tak w ogóle od tej Rebelki pochodzi mój nick. Już zawsze będzie dla mnie szczególnym motocyklem, bo tym pierwszym :)

Później przyszedł czas na Hondę Shadow 125. Było to coś lepszego od Hondy Rebel, ponieważ miało cylindry w układzie „V” (Rebel miała rzędowe), a poza tym miało większą moc i było chłodzone cieczą. Shadow’em pojeździłam sobie trochę dłużej, aż do moich wymarzonych 22 urodzin. Kiedyś była to granica wieku wymagana do prawa jazdy kategorii A. Urodziny obchodzę w styczniu i mniej więcej w tym czasie motocykl poszedł do kupca. Ale czekała mnie kolejna niespodzianka, tym razem gorzka do przełknięcia. Granicę wieku na prawo jazdy przesunęli do 24 lat. I tak na prawie dwa lata zostałam bez żadnego jednośladu. 


Jakiś czas przed rozpoczęciem kursu mogłam sobie pozwolić na zakup motocykla. Ze względu na niską cenę wybór padł na Yamahę Virago 125. Nie wspominam dobrze tego motocykla, ale przynajmniej dzięki niemu znowu się rozjeździłam. W zeszłym roku zdałam w końcu to moje upragnione prawo jazdy i jestem szczęśliwą posiadaczką Suzuki Intrudera 800. Teraz to już jest całkiem inna jazda. W ogóle jazda motocyklem jest dla mnie niesamowitym przeżyciem za każdym razem :) Zanim jeszcze wsiądę na motocykl, już odczuwam przypływ adrenaliny i wszechogarniające szczęście. To uczucie jest cudowne!


Tak wygląda moja historia. Jeśli ktoś przeczytał całość, to szacun. Przepraszam za taki nudny post i obiecuję, że podobne będą dodawane rzadko :) Chciałam zrobić pewne wprowadzenie, na wypadek, gdybym mogła wrzucić kiedyś jakąś fotorelację ze zlotu motocyklowego :) A najbardziej ze wszystkiego, chciałabym móc napisać, że jutro jadę po Harleya. Ale niestety muszę sobie na niego zapracować i to ciężko. Jak już przejadę się Harleyem, to spokojnie mogę umrzeć :D 
Share:
Continue Reading →

16 maja 2017

"Odcień fioletu" i "Odblask czerwieni" - Jeri Smith-Ready

Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby ludzie potrafili widzieć duchy. Jedni pewnie uważaliby to za ciekawe i fascynujące przeżycie, innym by się to zwyczajnie nie podobało. Taką właśnie rzeczywistość stworzyła w swoich książkach pani Jeri Smith-Ready. Dzisiaj zapraszam na recenzję Odcienia fioletu i Odblasku czerwieni. A jeżeli nie przepadacie za duchami, włóżcie na siebie coś czerwonego ;)


Książkowy świat w tych powieściach to świat po tak zwanej Przemianie. Chodzi w niej o to, że ci, którzy się po niej urodzili, potrafią widzieć duchy. Obecnie wszyscy Poprzemienni są nastolatkami, wliczając w to naszą główną bohaterkę, Aurę. Aura chodzi z Loganem, członkiem zespołu grającego muzykę rockową, z tego, co udało mi się zauważyć. W swoje urodziny chłopak ma szansę na podpisanie poważnego kontraktu płytowego, później planuje spędzić romantyczny wieczór ze swoją ukochaną. Niestety, nastolatkom nigdy nie udaje się skonsumować związku. W wyniku swojej lekkomyślności Logan schodzi z tego świata. Jednak jego duch postanawia pozostać wśród żywych.

Na moje nieszczęście książki zapowiadały się całkiem interesująco. Pomysł autorki mnie zaciekawił, ale, jak to zwykle bywa, nawaliła jego realizacja. Najbardziej oczywisty i najpoważniejszy aspekt tej książki zostawiłam sobie na przedostatni akapit. Jednak już teraz mogę podsumować w trzech podpunktach, co mi się nie podobało. Po pierwsze, śladowe ilości scen akcji. Może jest ktoś, kto ich nie lubi, ale jak dla mnie w książce powinno się znaleźć parę momentów trzymających w napięciu. Rozumiem też, że pierwsza część zwykle stanowi pewne wprowadzenie. Ale kiedy drugi tom również ciągnie się jak flaki z olejem, to już jest coś bardzo nie halo. 

Po drugie, moim skromnym zdaniem autorka miała pole do popisu, jeżeli chodzi o budowanie napięcia związanego z rozwiązywaniem tajemnic. W końcu o pochodzeniu i rodzicach Aury nie wiemy zbyt wiele - oprócz tego, że dziewczyna została wychowana przez ciotkę, Ginę. I znowu - miałam nadzieję, że w drugim tomie coś w końcu zostanie wyjaśnione, żeby zaspokoić moją ciekawość. Oczywiście nie zostało to zrobione, nie licząc jednego, czy dwóch naprawdę ciekawych rozdziałów, w których Aura poznaje w końcu część prawdy.

Punkt trzeci prowadzi do znienawidzonego przeze mnie trójkąta miłosnego. Ten okazał się wyjątkowo irytującym okazem. Ów trójkąt dotyczy Aury, zmarłego Logana i żywego Zachary’ego - przystojnego Szkota i jednocześnie nowego ucznia w szkole Aury. W każdej książce taki nowy uczeń to smakowity kąsek, więc i tu nie mogło być inaczej. W ogóle w obydwu częściach występuje jak dla mnie za wysokie stężenie scen romantycznych. I wiecznie ten sam dylemat - Logan czy Zachary? Swoją drogą, skoro Aura tak kochała Logana, to dlaczego tak szybko znalazła pocieszenie w ramionach Szkota? Ktoś potrafi to wyjaśnić?

Skoro już doszliśmy do tego poważnego aspektu, to nie zatrzymujemy się i jedziemy dalej. Całkiem niespodziewanie Odcień fioletu poruszył we mnie pewną wrażliwą strunę. Chodzi o stratę bliskiej osoby. Pod tym względem ta książka to niemal wyciskacz łez. Przypominałam sobie swoje własne przeżycia i smuciłam się razem z Aurą. O ile ona naprawdę cierpiała, a nie uganiała się za Zachary’m… To z kolei skłoniło mnie do przemyśleń na temat żałoby. Ile należy ją przeżywać? Jak poradzić sobie z tak ogromną stratą? I w końcu, kiedy można zacząć na nowo korzystać z życia? Jedno jest pewne - każdy przeżywa tę sytuację inaczej. 

Podsumowując, stwierdzam, że książki te nie należały do najlepszych, jakie przeczytałam. Odcień fioletu dostał wysoką ocenę za wzbudzenie we mnie emocji. Jednak przy lekturze Odblasku czerwieni bardziej się wynudziłam, szczególnie na początku. Książka była jakby powtórką swojej poprzedniczki, prawie nic nowego nie wniosła, może tylko więcej trójkąta miłosnego. Myślę, że spodobałoby się to bardziej fanom/fankom romansów.

Moja ocena:
Odcień fioletu 7/10
Odblask czerwieni 5/10
Share:
Continue Reading →

13 maja 2017

"Mechaniczna księżniczka" - Cassandra Clare

Dla osób, które chcą uniknąć spojlerów linki do recenzji poprzednich tomów: 
Mechaniczny Anioł



Niniejsza recenzja powstała nie tyle z obowiązku, co z potrzeby. Już dawno żadna książka tak mną nie wstrząsnęła i nie wywołała tylu emocji. Po przeczytaniu zdecydowanie nie mogłam się jakiś czas pozbierać. Szkoda, że to już ostatni tom.

Nad całą społecznością Nocnych Łowców wisi ogromne niebezpieczeństwo. Atak Mortmaina i jego diabelskich maszyn jest coraz bliższy. Aby zrealizować swój niegodziwy plan, Mistrz potrzebuje jednak Tessy Gray. Tylko ona może mu dać brakujący kawałek układanki, który doprowadzi do przejęcia władzy nad światem. Nasi bohaterowie bezskutecznie próbują odnaleźć Mortmaina i pokrzyżować jego plany. Jednak Mistrz jest na tyle przebiegły, że udaje mu się porwać Tessę i zniknąć bez śladu. Oczywiście najbardziej zrozpaczeni są Jem i Will, oboje zakochani w głównej bohaterce. Rozpoczynają się poszukiwania i wyścig z czasem.

Co tu dużo mówić - autorka trzyma bardzo wysoki poziom. W książce tradycyjnie znajduje się dużo akcji i walki. Wprost nie mogłam się oderwać od lektury, taka byłam ciekawa dalszych losów bohaterów. Jednak przyznam się bez bicia, że było coś, co interesowało mnie bardziej, niż losy świata.

No właśnie, wątek miłosny. Tak cudownie poprowadzony, że na pewno zapamiętam go na długo. Wiem, że wiele osób ma już dość trójkątów miłosnych w literaturze, ten jednak jest w pewien sposób naturalny. Zresztą miłosnych perypetii między trójką bohaterów jest w tej części trochę mniej, ze względu na porwanie Tessy. Jako osoba całkowicie negatywnie nastawiona do trójkątów miłosnych, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że w ogóle mi to nie przeszkadzało w tej serii. Co więcej, naprawdę przeżyłam to wszystko pod kątem emocjonalnym. Widocznie bardzo wrażliwa ze mnie osoba…

Oczywiście najważniejsze i najciekawsze jest zakończenie tej książki, jako zwieńczenie całej trylogii. Nie wiem, jakich słów użyć, żeby to oddać. Zakończenie po prostu wbiło mnie w fotel i zmiażdżyło serce. Płakałam. I to dużo. Najpierw były to łzy radości, a później smutku. Żałuję, że nie mogę nic więcej zdradzić. Może lepiej na tym poprzestać.

Z całą mocą podtrzymuję swoje wcześniejsze zdanie. „Diabelskie Maszyny” są naprawdę o wiele lepsze od „Darów Anioła”. Trylogię polecam wszystkim, którym nie straszny jest potężny kac książkowy. 

Moja ocena:

10/10
Share:
Continue Reading →

10 maja 2017

Wiosno, gdzie jesteś?

Hej! Ostatnio wiele się u mnie dzieje. Muszę powoli kończyć pracę magisterską i uczyć się do egzaminów. Pod koniec maja kończę sesję i do pierwszego tygodnia lipca będę miała wolne. Oczywiście poza faktem, że muszę przygotowywać się do obrony. Mam nadzieję, że czerwiec przynajmniej będzie obfitował w przeczytane książki, aktywność na blogu, a może nawet jakieś wyjazdy.

Bardzo chciałabym naładować w końcu baterie. Więc z tego miejsca chciałabym się zwrócić do wiosny: gdzie Ty, do cholery, jesteś?! Wszyscy już chyba mamy dość tej pogody za oknem. Marzę o tym, żeby usiąść na dworze w krótkich spodenkach, popijać kawę, poczytać książkę i wystawić twarz do słońca. Chcę poczuć cudowną woń kwiatów. Wycieczka na rowerze lub motocyklu to już niemal fizyczna potrzeba. Żeby tak móc choć raz jeszcze poczuć się wolnym przed tym całym stresem związanym z obroną i poszukiwaniem pracy...

To post zdjęciowy, więc nie chcę za bardzo smęcić. Ale już naprawdę mam dość tej zimowej aury. Zdjęcia, mimo że kolorowe i wiosenne, wykonane w większości podczas mrozu lub przymrozku. Po prostu super.








Share:
Continue Reading →

8 maja 2017

"Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine" - Alexandra Bracken

4 maja fani Gwiezdnych wojen obchodzili dzień swojej ulubionej sagi. Akurat szczęśliwie złożyło się, że wtedy byłam pogrążona w lekturze Księżniczki, łajdaka i chłopaka z Tatooine pióra Alexandry Bracken. Świetny sposób na spędzenie tego dnia! Dzisiaj mogę więc zaprosić Was na recenzję tej książki.





Gdy spotykacie innego fana Gwiezdnych wojen, zawsze pada to samo pytanie: kiedy pierwszy raz oglądałeś filmy?




Z Gwiezdnymi wojnami jest u mnie podobnie jak z Harry’m Potter’em. Mają dla mnie ogromną wartość sentymentalną. Zawsze, gdy przypomnę sobie lata 90-te, w moim oku kręci się łza. Mimo że nie było wtedy Internetu i komórek, najlepiej wspominam ten czas. Oczywiście filmy trzeba było nagrywać na kasety VHS. Do takich filmowych bohaterów, którzy stanowili wzór dla mojego dziecięcego ja, należeli Harrison Ford (za role w filmach Gwiezdne wojny i Indiana Jones) oraz Burt Reynolds (za rolę w filmie Mistrz kierownicy ucieka). Do tej pory to jedne z moich ulubionych filmów. Ale skupmy się na Gwiezdnych wojnach. Sama nie wiem, co mają w sobie takiego, ale mogę je oglądać zawsze i wszędzie. We wszystkich częściach znajduje się wiele wątków, które uwielbiam i nie chodzi tu tylko o sceny walki oraz świetne efekty specjalne. Bo właśnie to ta pierwsza trylogia ma szczególne miejsce w moim sercu, a nie została nagrana z rozmachem. Zwyczajnie nie było wtedy takich możliwości. Z kolei z tej trylogii chyba dla większości fanów największe znaczenie ma Nowa nadzieja, pewnie dlatego, że ogląda się ją zwykle jako pierwszą (przynajmniej ludzie w moim wieku tak robili, bo nie było jeszcze nowych części). Kiedy natknęłam się na Księżniczkę, łajdaka i chłopaka z Tatooine, wiedziałam już, że to lektura dla mnie. Przy okazji chciałam zapoznać się ze stylem pisania autorki. Teraz wiem, że to była dobra decyzja.


Zacznijmy od najbardziej powierzchownej rzeczy, jaką jest okładka. Jej estetyka przemawia do mnie, ponieważ często podoba mi się minimalizm. Poza tym wyeksponowana została księżniczka Leia, którą po prostu uwielbiam (zaraz za Hanem Solo i Anakinem Skywalkerem). Oprócz księżniczki widzimy jeszcze małe postacie kapitana Solo i Luke’a. Natomiast w środku znajduje się miła niespodzianka - bardzo ładne ilustracje, zarówno kolorowe, dotyczące poszczególnych bohaterów, jak i czarno białe. Ich autorami są Ralph McQuarrie i Joe Johnston.

Książka przedstawia wydarzenia z Nowej nadziei i to w sposób niezbyt odbiegający od scenariusza filmu. Trochę szkoda, bo znając film na pamięć, wiedziałam, co się za chwilę zdarzy i to odbierało radość z lektury. Na szczęście autorka wpadła na pomysł, aby przedstawić historię z perspektywy trójki tytułowych bohaterów. Taki zabieg stanowi dla mnie cenne uzupełnienie filmu, ponieważ mogłam lepiej odczuwać emocje poszczególnych bohaterów, a przede wszystkim poznać ich z innej strony. W filmie nie wszystko może zostać ukazane. Co innego w książce, która skupia się na większej liczbie szczegółów. 


Na początek poznajemy senator Leię Organę, księżniczkę z planety Alderaan. Leia współpracuje z Rebelią i podczas bardzo ważnej misji zostaje złapana przez wrogie siły Imperium. Dziewczyna całe życie jest przygotowywana do roli królowej, ale ryzykując życie, chce udowodnić, że wszyscy niesłusznie biorą ją za głupiutką księżniczkę. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jaką wielką odwagą musi się wykazać księżniczka. Chociaż bardzo się boi, nie może tego po sobie pokazać. Posiada bardzo silny charakter i cięty język, co mi osobiście imponuje. Uwielbiam czytać o silnych postaciach kobiecych.

Kolejnym bohaterem jest Han Solo, kapitan Sokoła Millennium i szmugler, który ostatnio popadł w długi. Właśnie z tego powodu przyjmuje dobrze płatne, ale i niebezpieczne zlecenie. Chyba sam się nie spodziewa, jaką przejdzie przemianę. Chociaż pewnie trudno byłoby mu się przyznać, że przyjaźń i lojalność są ważniejsze od pieniędzy.

Ostatni jest Luke Skywalker. Wychowany na planecie Tatooine, na farmie wilgoci u swojego wujostwa. Jego rodzice nie żyją, ale ojciec podobno był rycerzem Jedi. Luke także zostaje wplątany w wojnę między Rebelią a Imperium. Przypomina on trochę Leię, ponieważ pragnie udowodnić, że zwykły chłopak z farmy też potrafi świetnie walczyć i pilotować statek. A przede wszystkim, że może zostać bohaterem. 



Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine to bardzo dobra pozycja dla fanów Gwiezdnych wojen. Książka jest bardzo ładnie wydana i dobrze napisana. Z pewnością sięgnę po inne powieści pani Bracken. I tym razem powstrzymam się od wystawiania oceny. Na pewno nie byłaby obiektywna.
Share:
Continue Reading →

4 maja 2017

"Bogini oceanu" - P. C. Cast



Panią P. C. Cast znam już z serii „Dom Nocy” o wampirach. Akurat tylko początkowe tomy tego cyklu przypadły mi do gustu, ale postanowiłam dać autorce jeszcze jedną szansę. Tym bardziej, że „Bogini oceanu” została napisana przez samą panią Cast, bez udziału jej córki. Liczyłam na to, że nie pojawią się tutaj takie pisane na siłę młodzieżowe dialogi, jak w „Domu Nocy”. Zapraszam na recenzję.

Główną bohaterką powieści jest dwudziestopięcioletnia Christine Canady, a więc postać nieco dojrzalsza (jeju, to znaczy, że ja też już powinnam być dojrzalsza?). Kobieta pracuje w amerykańskich siłach powietrznych, chociaż nie lubi latać. CC uważa, że potrzebuje magii w swoim życiu, dlatego w dniu swoich urodzin wypowiada magiczne zaklęcie. Kiedy musi lecieć do Arabii Saudyjskiej, jej samolot rozbija się nad oceanem. Christine udaje się przeżyć tę tragedię, ale budzi się w ciele syreny Undine. Na dziewczynę czają się jednak kolejne niebezpieczeństwa. Aby ją uratować, bogini Gaja, do której CC zwróciła się w swoim zaklęciu, przemienia ją w kobietę i wysyła na ląd, jednak w czasy średniowieczne.

Książka ma zarówno kilka plusów, jak i minusów. Może zacznę od tych słabszych stron. Przede wszystkim nie zżyłam się z żadnych bohaterów. Na szczęście wielu z nich pamiętam po takim czasie, a to dobrze. Po drugie, w książce zabrakło mi wartkiej akcji, co działa trochę na niekorzyść. Przez większość czasu niewiele się dzieje, ale muszę przyznać, że „Bogini oceanu” należy do książek, które pomimo braku scen pełnych napięcia czyta się dość przyjemnie. Także nie jest to też do końca taki minus. Autorka pisze prostym językiem, co ma także swoich zwolenników i przeciwników. Jednak styl pisania wydaje mi się lepszy, niż w „Domu Nocy”.

Do zalet książki w moim przypadku należy umiejscowienie akcji. Wiem, że wielu osób by to nie zachwyciło, ale ja lubię czasy średniowiecza. Może właśnie ten czas akcji sprawił, że książka w ogólnym rozrachunku mi się podobała. Ponadto główna bohaterka, chociaż na początku delikatnie mnie irytowała, później okazała się silną i odważną postacią. To prowadzi mnie do jeszcze jednej rzeczy, za którą uwielbiam tę książkę. Możecie mnie nazwać jakąś tam feministką, ale w ogóle mnie to nie obchodzi. Podoba mi się morał tej opowieści, który odnosi się do kobiet, a konkretnie do siły kobiecości. Podczas lektury można uwierzyć, że nie liczy się wygląd zewnętrzny (chociaż CC jest oszałamiająco piękną syreną), tylko to, co jest w środku. Może to brzmi banalnie, ale w dzisiejszych czasach chyba za często się o tym zapomina. Nie trzeba być idealnym pod względem fizycznym, aby czuć się wyjątkowo.

Chociaż „Bogini oceanu” nie powaliła mnie na kolana, to jednak cieszę się, że po nią sięgnęłam. Okazała się ciekawsza i bardziej dojrzała od cyklu „Dom Nocy”. Gdyby kolejne części serii zostały wydane po polsku, to też chętnie bym się z nimi zapoznała. 


Moja ocena: 7/10
Share:
Continue Reading →

1 maja 2017

Podsumowanie kwietnia 2017 + Book Haul #4



Hej! Dzisiaj będzie bardzo krótko, ze względu na brak czasu. Kwiecień pod względem czytelniczym wypadł rewelacyjnie, jak na moje możliwości. Przeczytałam tylko 6 książek, ale dwie z nich były prawdziwymi cegłami :) 

Zamek z piasku, który runął, Stieg Larsson. Świetnie zwieńczenie trylogii "Millennium". Naprawdę nie spodziewałam się, że książki tego pana tak mnie zainteresują, a tu proszę :) Teraz zastanawiam się, czy sięgnąć po kolejną część, napisaną przez innego autora. To jednak nie będzie to samo i mogę się zawieść.

Korona, Kiera Cass. Recenzja.

Starcie królów, George R. R. Martin. Tutaj też jestem zachwycona. Nawet nie wiem za bardzo, co powiedzieć, może napiszę kiedyś jakąś recenzję :)

Origin i Opposition, Jennifer L. Armentrout. Zakończenie przygód Katy i Daemona. Muszę przyznać, że po przeczytaniu pierwszego tomu spisałam ten cykl na straty. Całe szczęście, że postanowiłam czytać dalej, bo naprawdę ta historia mnie wciągnęła. Będę tęsknić za Daemonem :(

Dobrani, Ally Condie. No, tutaj fajerwerków nie było. Podejrzewam, że trochę już mi się znudziły te wszystkie dystopie, bo są bardzo schematyczne. A tutaj dodatkowo bohaterowie okazali się jacyś bez wyrazu. 


Tak się przedstawiają moje wyniki czytelnicze. Natomiast całkowicie niespodziewanie moją biblioteczkę zasiliły nowe książki. Wszystko przez Światowy Dzień Książki i związane z tym promocje... Niedługo zbankrutuję...

Tytany, Victoria Scott. Muszę w końcu zapoznać się z twórczością tej autorki. Mam przeczucie, że ta książka mi się spodoba. Ma też dość dobre opinie.

Trylogia Drżenie, Niepokój, Ukojenie, Maggie Stiefvater. Kolejna autorka, którą po prostu muszę w końcu poznać. Padło akurat na tę serię, chociaż jest wiele innych książek tej pani, które chcę przeczytać.

Dom Czarów, James Herbert. Coś z klasyki gatunku, mam nadzieję, że choć trochę będę się bała :)

Beta. Nowe Pokolenie, Rachel Cohn. To kontynuacja, ale nie mogłam jej nigdzie znaleźć, więc musiałam kupić. Dobrze, że zapłaciłam za nią tylko 9 zł. Może nie będę tak żałować tego, że nie znoszę nie kończyć serii :)

To już wszystko na dziś. Miłej majówki ;)
Share:
Continue Reading →

28 kwietnia 2017

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko", czyli I don't want to live on this planet anymore.

Moja fascynacja Harry’m Potter’em zaczęła się bardzo dawno temu. Nie pamiętam, ile dokładnie miałam lat, ale o młodym czarodzieju zaczęłam czytać, kiedy w Polsce zostały wydane dopiero trzy części serii. Oczywiście nie muszę wspominać, że podobnie, jak wiele osób, oszalałam na punkcie Harry’ego. Pierwszy tom przeczytałam ponad 30 razy! Dlatego właśnie „HP i Przeklęte Dziecko” był dla mnie taki szczególny. Bo czy nie byłoby cudownie raz jeszcze wkroczyć do świata czarodziejów? Miałam ogromne obawy względem tej książki i… No cóż, nie będę owijać w bawełnę, zawiodłam się. 



Tradycyjnie zacznę od fabuły. Po wielu latach od wydarzeń z tomu siódmego Harry wkracza w kryzys wieku średniego. Jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii. Ma żonę i trójkę dzieci. Oprócz problemów zawodowych Harry nie potrafi się dogadać ze swoim synem, Albusem. Powoduje to wiele poważnych konfliktów między nimi. Albus nie radzi sobie ze sławą ojca. Z tego powodu jest obiektem drwin w Hogwarcie oraz sprawia problemy. Przyjaźni się także z synem Dracona Malfoya, odwiecznego wroga Harry’ego. Jakby tego było mało, bohaterowie będą się zmagać z innymi kłopotami, ale nie zdradzę, jakimi, bo to byłby już spojler.

Wiecie, co jest najgorsze? Dla mnie ta książka nie ma cech pozytywnych. Bardzo tego nie chciałam, ale po prostu nie potrafię ich znaleźć. Zazwyczaj wolę dobrze pisać o książkach…

Po pierwsze, forma. Książka to scenariusz sztuki teatralnej, więc mamy tutaj same dialogi i didaskalia (sama nie wiedziałam, że pamiętam ten termin). Pewnie taka forma ma wielu zwolenników, ale ja do nich nie należę. Moim zdaniem to zabrało cały urok opowieści. Nie udało mi się poczuć magicznego klimatu bez opisów. A co sądzę o tych suchych dialogach, można wywnioskować w poniższym akapicie dotyczącym postaci.

Naprawdę z niecierpliwością czekałam na ponowne spotkanie ze swoimi ulubionymi bohaterami. Okazało się jednak, że nie było do kogo wracać. Wszyscy zrobili się jacyś inni, jakby utracili swoją osobowość. Nawet gorzej, niektórzy okazali się po prostu przygłupi. Tak, mowa tu szczególnie o Ronie. Nie wiem, czy kogokolwiek polubiłam, może Ginny najmniej mnie irytowała.

I w końcu te nieścisłości. Żeby mi się z recenzji nie zrobił tasiemiec, podam jeden przykład braku logiki i konsekwencji w tej książce. Przypomnijcie sobie scenę w trzecim tomie przygód Harry’ego, kiedy tytułowy bohater widzi samego siebie. Okazuje się, że podróżując w czasie, można zobaczyć swoje przyszłe/przeszłe ja. Więc skoro Albus (przecież podobny do Harry’ego) i Scorpius przenieśli się w czasie do Turnieju Trójmagicznego, to czy Hermiona z czwartej części nie powinna ich pamiętać? No dziwne, prawda?

Nie chcę się już pastwić nad tą książką. Możemy uznać, że bardzo mi się nie podobała, ale po prostu musiałam po nią sięgnąć, chociażby po to, żeby się dowiedzieć, jak potoczyły się losy Harry’ego. Wystawiłam taką wysoką ocenę tylko ze względu na sentyment do tej serii.


Moja ocena: 5/10
Share:
Continue Reading →

24 kwietnia 2017

Forsycja

Hej! Dzisiaj u mnie za oknem w końcu poprawiła się pogoda. Po takiej długiej przerwie znowu czuć wiosnę. Aż zechciało mi się poszperać w zdjęciach :) Tym razem trochę zaszalałam i jest ich dużo, ale nie wiedziałam już sama, które wybrać. Z wiosną i kwietniem w ogóle kojarzy mi się ta roślinka. Tak pięknie kwitnie! Dodawała koloru i pozytywnej energii zanim jeszcze pojawiły się liście na drzewach i zakwitły inne kwiaty :) 

Moje ulubione mocno rozmyte ujęcia też się tutaj znajdują :)











Na koniec zdjęcie o trochę innym klimacie.
Jeśli ktoś dobrnął do końca, to podziwiam :D Dzisiaj może nie było jakoś pasjonująco, ale zawsze powtarzam, że mam mnóstwo zdjęć ;) 

Share:
Continue Reading →

21 kwietnia 2017

"Następczyni" i "Korona" - Kiera Cass

UWAGA! Recenzja może zawierać spojlery dla osób, które nie czytały poprzednich części - KLIK

To nie tajemnica, że trylogia „Selekcja” należy do moich ulubionych. Wiadomo, że kiedy pojawiły się kolejne części, miałam ogromną ochotę je przeczytać. Miałam też jednak wobec nich ogromne oczekiwania. Znowu chciałam poczuć ten bajkowy klimat. Czy „Następczyni” i „Korona” okazały się tak dobre, jak ich poprzedniczki?


Akcja książek dzieje się dwadzieścia lat później od wydarzeń ukazanych w trylogii. Narratorką opowieści jest księżniczka Eadlyn, najstarsze dziecko Ameriki i Maxona. Dziewczyna z racji starszeństwa ma prawo zasiąść na tronie Illèi, do czego jest od dzieciństwa przygotowywana. Niestety w kraju zaczyna narastać napięcie związane ze zniesieniem systemu klasowego. Eadlyn jest zmuszona urządzić swoje własne Eliminacje. W dodatku wcale nie ma na to ochoty.

Muszę skupić się na postaci Eadlyn. Z przykrością stwierdzam, że z początku jej nie polubiłam. Zachowywała się jak rozpieszczona dziewczynka, w dodatku z ogromnym ego. Może wpłynęła na to świadomość, że w przyszłości zostanie królową. Jednak rozumiem, że nie chciała zostać zmuszona do małżeństwa i bała się, że nie będzie potrafiła zakochać się w żadnym z kandydatów, tak jak jej rodzice zakochali się w sobie dwadzieścia lat temu. Eadlyn w moim przekonaniu bardzo różniła się od Ameriki. Tak sobie myślę, że to dobrze. Miałam przynajmniej świadomość, że czytam o całkiem innej osobie, która ma inny charakter. Jakby się tak nad tym zastanowić, działa to na plus tych książek. Poza tym Eadlyn z biegiem czasu przechodzi przemianę i już tak nie irytuje czytelnika.

Moim zdaniem pozostałe postacie nie zostały wykreowane zbyt dobrze. Bohaterowie poprzednich części zmienili się, ale może miał na to wpływ ich wiek. W końcu ludzie się trochę zmieniają. Co do kandydatów, to dla mnie była to porażka. Wszyscy zlewali mi się w jedno, nie potrafiłam zapamiętać poszczególnych bohaterów męskich. Jakoś podczas Eliminacji, w których brała udział Amerika, nie miałam z tym problemu. Tutaj dopiero w „Koronie”, kiedy została już mniejsza liczba konkurentów, połapałam się, kto jest kim.

Jak wspomniałam wcześniej, Eadlyn ma dość ciężki charakter. Wpłynęło to niestety na cały romantyzm Eliminacji. Szczególnie w „Następczyni” zabrakło mi scen romantycznych, które by mnie poruszyły. Na szczęście później się to już zmieniło. Pod koniec piątej części już się wkręciłam i kibicowałam miłości Eadlyn. Właśnie z biegiem jej przemiany na lepsze uczucia rozkwitły, a mnie się to w końcu podobało. Poza tym bardzo się cieszę, że autorka mnie zaskoczyła w kwestii wyboru jednego z kandydatów. Spodziewałam się, że księżniczka wybierze kogoś zupełnie innego, a tu taka niespodzianka!

Na pierwszy rzut oka ostatnie części „Selekcji” wydały mi się pisane na siłę. Po przeczytaniu „Następczyni” miałam wrażenie, że jest o wiele gorsza i bardziej nudna niż jej poprzedniczki. Ale teraz, po dłuższej przerwie, doszłam do wniosku, że chciałam, aby klimat tych wszystkich książek był taki sam. A okazało się, że historia Eadlyn ma swój własny klimat. I to chyba dobrze.

Moja ocena:
„Następczyni” 7/10

„Korona” 8/10
Share:
Continue Reading →